I tak sobie siedzielismy i siedzielismy i robilismy zdjecia i siedzielismy. Gdy juz sie nieco nasycilismy, ruszylismy w strone placu Parkora.
Thursday, May 24, 2007
Wszechogarniajace poczucie magii [21 maja 2007]
I tak sobie siedzielismy i siedzielismy i robilismy zdjecia i siedzielismy. Gdy juz sie nieco nasycilismy, ruszylismy w strone placu Parkora.
Dojezdzamy ... Niedaleko pada Lhasa od Leh [20 maja 2007]
Pociag leniwie przesuwajacy swoje ciezkie cielsko po bezkresnych pustkowiach Tybetu. Stuk, puk... To to tak, to tak... Blekit nieba nad nami, czysty, nietkniety... To tak... To to tak... Gory tak potezne rozlewajace spokoj po calym ciele ... To to tak... To to tak... Czuje jak ich ukryta, drzemiaca moc wypelnia kazda czastke mojego ciala, zas cialo ... To to tak... To to tak... Unosi sie lekko na ramionach tychze olbrzymow... To to tak... Jak ptak... To to tak... Gleboko nabieram powietrza w pluca i czuje ze zyje... To to tak... To to tak.
Dochodzi 21 i punktualnie wjezdzamy na dworzec. Naszym oczom ukazuje sie ogromny, nowoczesny gmach dworca. Jedynie na filmach mielismy okazje widziec jak witany byly pociag przyjazni za starych czasow i wjazd na peron w Lhasie przypomnial nam takie powitania:) Na nas jednak nikt nie czeka, nikt nas nie wita. No chyba ze mozemy zaliczyc za powitanie kilkunastu taksowkarzy przekrzykujacych sie i zwracajacych na siebie uwage, bysmy wlasnie z nimi pojechali... znajome klimaty. Chyba opinia o tym, ze Chinczycy w niczym nie przypominaja zachowaniem Hindusow byla przedwczesna. Znow zaczynamy czuc, ze musimy miec sie na bacznosci, ze musimy sie targowac i zanim na cos wydamy pieniadze rozeznac sie w cenach. To takie uczucie bycia ciagle w gotowosci, posiadania oczu dookola glowy no i niestety pilnowania kieszeni. Szybko jednak lapiemy ten stan i pelni otwieramy kolejny rozdzial naszej podrozy.
Bierzemy taksowke, za ktora oczywiscie hmmm chyba 3 krotnie przeplacamy i zajezdzamy pod hotel. Wyglada super. Po doswiadczeniach z Xian, wybramy lepsze hotele. Jednak jak tylko sie pojawiamy zaczyna dziac sie wokol jakies dziwne zamieszanie. Nie rozumiemy o czym rozmawia recepcjonistka z menedzerem, ale czujemy, ze cos sie swieci. Wreszcie menedzer hotelu podchodzi do nas i zaczyna nas przepraszac, ale jacys goscie sie nie wymeldowali na czas i nie ma dla nas pokoju. Ale ... tu obok 5 minut drogi od jego hotelu jest drugi hotel, ktorego wlascicielem jest jego przyjaciel, ktory jest 4 gwiazdkowy i ze tam przenocuje nas 1 noc. Na jutro rano obiecuje nam miejsce w hotelu w ktorym pierwotnie rezerwowalismy noclegi.
'Acha zaczyna sie' - stwierdzil Mariusz.
Zabezpieczylismy sie i posiadalismy alternatywne miejsce na nocleg, jednak postanowilismy zobaczyc ten 4 gwiazdkowy hotel. Tym bardziej, ze czulismy, ze bedziemy mogli negocjowac ... bo w sumie menedzer nie dotrzymal warunkow umowy, nie majac dla nas rezerwacji. Nasze bagaze zostaly zapakoane do samochodu menedzera i pojechalismy do drugiego hotelu. Rzeczywiscie wygladal dobrze z zewnatrz. Pada pytanie, jakie chcemy lozka jedno czy dwa. Wiadomo, ze jedno. I to pytanie chyba pograzylo do reszty naszego menedzera, gdyz hotel nie posiadal wolnych pokoi z jednym lozkiem. Ponarzekalismy troszke na balagan panujacy z zarzadzanych przez niego obiektach i rezultacie dostalismy tzw. suite room, ktory sklada sie z 2 pokoi i lazienki. Nie przesadzimy piszac, ze jest on chyba wiekszy od naszego mieszkania. A i jeszcze wynegocjowalismy sniadania, jako rekompensate za to, ze musimy byc w innym hotelu ...
Gdy wreszcie zostalismy sami rzucilismy sie na lozko i marzylismy o tym, by jak najszybciej isc spac. Aklimatyzacja dawala o sobie znac. Odczuwalismy ogolne oslabienie i mielismy male trudnosci z glebokim oddychaniem. Dlatego tez tylko przejrzelismy mape, zaplanowalismy co chcemy zobaczyc w miescie i poszlismy spac.
Kierunek Dach Swiata [19 maja 2007]
Dwie Pagody na pogode i niepogode [18 maja 2007]
'No niezle, ruszamy sie na miasto, kiedy slonce daje najbardziej znac o sobie' - powiedziala Kamila i przytaknelismy porozumiewajaco glowa.
Maj, srodek Chin, samo poludnie, slonce. Nic bardziej dotkliwego nie może spotkac turyste ze strony warunkow pogodowych. Chociaz pewnie może, ale i tak sytuacja była powazna. Skwar wypieczonych betonowych chodnikow i miazdzacy uszy halas pieciomilionowego miasta zmieszane razem, tworzyly mieszanke nie do wytrzymania dla mieszkancow niemalze arktycznej czesci kuli ziemskiej (tak, tak... czyli Polski, w ktorej w tym samym czasie było 12 stopni i przejmujacy zimny wiatr - az trudno to sobie wyobrazic w takim upale).
Zeszlismy z pagody i zmierzalismy w strone Pagody Duzej. Kamili wyraznie dawaly sie we znaki efekty klimatyzacji, obecnej niemal w kazdym budynku, ktora powodowala obnizanie temperatury z ogromnych upalow na zewnatrz pomieszczen. Była wyraznie oslabiona, wiec postanowilismy pochodzic po okolicznym parku. Po kilku minutach zobaczylismy kontrastowy nowoczesny budynek i krzyczacych do nas chinczykow:
'Welcome, welcome. Come inside.'
Wizyta była bardzo wyczerpujaca, mimo to ambitnie postanowilismy na pieszo dotrzec do drugiej Pagody. Na mapie to zaledwie kilka centymetrow, a wedlug skali około kilometra. Ruszylismy odwaznie na przekor dramatycznemu upalowi. Minelismy jedno skrzyzowanie, za 10 minut drugie, za kolejne 10 minut trzecie i ... zwatpilismy w realnosc odwzorowania rzeczywostosci przez nasza mape. Zlapalismy taksowke, ktora zawiozla nas pod sama swiatynie i było to zdecydowanie dobre posuniecie, gdyz piechota bysmy szli do celu przynajmniej godzine.
Jeszcze przez pewien czas cieszylismy sie pieknem ogrodow, weszlismy na sama gory nieco wiekszej niż poprzednio, Pagody i ruszylismy do centrum miasta, aby sie z nim pozegnac.
Nie było latwo, bo naprawde zaczelismy je lubic. Centralna dzwonnica i bebny, ogromny mur i tanie taksowki, mieszanka nowoczesnosci, tradycji i brudu - to wlasnie Xian.
Pozegnawszy miasto, pojechalismy do hotelu, najpierw jeszcze szybko wbiegajac do hipermarketu na szybkie, wyjazdowe zakupy. Wybralismy sobie nienajlepsza pore, gdyz ledwie weszlismy do sklepu, już był zamykany. Nagle dziesiatki pracownikow sklepu zaczely pojawiac sie przy alejkach sklepowych dajac do zrozumienia, aby konczyc zakupy. Widok był niesamowity - niczym podczas musztry pracownicy stali w jednym rzedzie wyznaczonym przez alejki, kolejni porzadkowali polki sklepowe, zas kasy były zamykane jedna po drugiej. Wszystko dzialo sie tak szybko, ze piec minut pozniej caly sklep był opustoszaly, a my stalismy przy ostatniej czynnej kasie jako przedostatni klienci. Hmmm niesamowite przezycie.
Zaraz po powrocie ze sklepu przystapilismy do pakowania, bo czasu było coraz mniej. Mycie ograniczylismy do minimum, czyli do butelki wody mineralnej, ktora musiala nam wystarczyc, aby sie odswiezyc. Fetor wydobywajacy sie z kanalizacji był po prostu nie do zniesienia. Padlismy na lozka, nie majac sily, by ekscytowac sie podroza dnia nastepnego.
Wygrana bitwa z Terakotowa Armia [17 maja 2007]
Najpierw wizyta w fabryce kopii figurek zolnierz z Terakotowej Armii
Ogrod i Laznie Cesarkie
Scena z czasow, gdy Laznie byly uzywane
Rzut oka na inna czesc kompleksu
Bijace zrodelko ...
Symbioza z kultura chinska
Na wieczne szczescie ... dotknac nogi tygrysa
Kompleks muzeum Terakotowej Armii. Trafilismy na przedstawienie ...
Hala Terakotowego muzeum
Terakotowi zolnierze ...
Z bliska jeden z nich
Po dlugich dyskusjach, udalo sie z trudem wyciagnac od pani informacje, ze najblizszy termin, w którym hard sleepery sa do kupienia to 23 maja (czyli cztery dni pozniej), co było dla nas nie do zaakceptowania. Bralismy pod uwage trzy opcje:
- hard sleepery 23 maja (odpada)
- soft sleepery za około 1000 Y (czyli sporo)
- samolot za 1280 (pozniej sie okazalo, ze za 1780 Y)
- nie jedziemy do Lhasy ani na Mount Everest (ok, to cztery opcje).
Nie poddawalismy sie, ostatecznie padlo na soft sleepery. A co tam! Raz sie zyje! W koncu mielismy upragnione, dwa niepozorne papierki w rekach, z których jedyne, co rozumielismy to to, ze jedziemy z Xian do Lhasy 19 maja. W tej chwili tylko to sie liczylo. Porwani euforia wygranej bitwy o bilety wstapilismy w drodze powrotnej do hotelu do pobliskiego hipermarketu, coby zapewnic sobie zapasy na kolejny dzien, ktory jeszcze miał być poswiecony Xian.
Afera biletowa [16 maja 2007]
Mocno zmeczeni dluuuuga podroza, wygramolilismy sie z pociagu. Xian nie wygladal tak nowoczesnie jak Szanghaj, poczulismy dobrze znane nam z Indii uczucie irytacji, gdyz co chwile ktos probowal nas naciagnac na hotel, taksowke lub wymiane pieniedzy. Również miasto było bardziej zniszczone i brudne, zas ludzie na pierwszy rzut oka wydawali sie nieco odmienni od mieszkancow Szanghaju.
Nauczeni poprzednim przykladem, chcielismy dokonac zakupu biletow na pociag do Tybetu jak najszybciej, tym bardziej, ze wiedzielismy ze trasa jest oblozona. Napisalismy na kartce gdzie i kiedy chcemy jechac i mielismy przygotowany przewodnik z slowniczkiem kolejowym. Znalezlismy nawet odpowienie anglojezyczne, oczywisie na miare miejscowych mozliwosci, okienko, gdzie mielismy kupic bilet.
Taksowkarz nie bardzo wiedzial, gdzie jechac i dopiero obsluga hotelu wyjasnila sprawe. Po kilku minutach dojechalismy na miejsce, choc taksowkarz poczatkowo nie zauwazyl naszego hotelu. Dopiero po naszej interwencji, wjechalismy tam gdzie trzeba. Kierowca z zadowoleniem wreczyl nam kwitek, zadajac za trase dwukrotnie wiecej niż powinien, nie uwzgledniajac swojej hotelowej pomylki. Zaplacilismy mu polowe kwoty, z czym nie mogl sie pogodzic, gdyz nie udalo mu sie naciagnac turystow. Jednak recepcjonistka upewnila nas, ze nasza kwota była w porzadku.
O niczym innym nie marzylismy jak o prysznicu i krotkiej drzemce. Prysznic okazal sie koszmarem, ktory powtarzal sie przez kolejne trzy dni. Z rur kanalizacyjnych wydobywal sie niesamowity fetor, ktory znany jest tym, którzy mieli okazje znalezc sie na przyklad w poblizu zakladow celulozowych. Koszmar. Smrod wydobywal sie w kilka chwil po puszczeniu wody. Umeczeni podroza i prysznicem zasnelismy jak dzieci. Tego dnia miedzy innymi raz jeszcze znalezlismy sie na dworcu, aby kupic bilety do Lhasy... A jak do tego doszlo?
Zapytalismy w naszym hotelu recepcjonistki, by poradzila nam jak zdobyc pozwolenie na wjazd do Tybetu. Zdziwiona naszym pytaniem, poinformowala, ze paszport powinien w zupelnosci wystarczyc. Jakos nie bardzo moglismy w to uwierzyc. Postanowilismy potwierdzic informacje w jakims biurze podrozy. W sumie do dnia wyjazdu nie udalo nam sie znalezc zadnego :), ale za to trafilismy do hotelu, ktory organizowal wycieczke jednodniowa po okolicy ze zwiedzaniem miedzy innymi Terakotowej Armii - osmego cudu swiata - 7 tys zolnierzy strzegacych grobowca cesarza Huang Shi.
Oczywiście zapisalismy sie na te wyprawe i przy okazji, pelni nadziei, ze pani ktora wspolorganizuje takie wycieczki, ma pojecie o podrozowaniu po Chinach, zaczelismy wypytywac o pozwolenie na wjazd do Tybetu. Jakiez było nasze zdumienie, gdy poinformowala nas, ze paszport powinien wystarczyc, gdyz Chinczycy jadac do Tybetu musza posiadac ze soba jedynie ID (dokument tozsamosci). Pelni nadziei w sercu ochoczo pomaszerowalismy na dworzec. Jakaz była nasza radosc, gdy ponownie ujrzelismy nasza "ulubiona" pania w kasie. Dzielnie, pewni siebie, ponownie poprosilismy o bilety do Lhasy na 19 maja. W odpowiedzi na pytanie o pozwolenie podalismy paszporty, otwarte na stronie wizy, aby pani nie musiala sie zbytnio trudzic nad jej szukaniem ...
Sprawa nie wyjasnila sie takze w kolejnym biurze lokalnych linii lotniczych, ale jej pracownica na tyle sie zaangazowala, ze wykonala 3 telefony, przedyskutowala sprawe z kilkoma osobami i napisala nam na kartce adres oraz nazwisko osoby, ktora nam pomoze... Okazalo sie ze trafilismy do miedzynarodowego hostelu mlodziezowego .... Tam wyjasniono nam procedure. W skrocie: kupowalismy u nich 2 dniowa wycieczke po Lhasie, co dawalo nam pozwolenie na zakup biletu, wejscie do pociagu i wjazd na teren Tybetu, gdzie moglismy zostac tak dlugo, jak dlugo wazna jest nasza wiza chinska.
Przypomina mi to troche wjazd do Anglii, gdy praca w niej była nielegalna. Kupowalo sie bilet na 2 tygodnie, na granicy mowilo, ze jedzie sie zwiedzac. Lub jeszcze lepiej, jak na zaproszenie do kogos bliskiego. Każdy na granicy dostawal wize na 6 mcy i zwykle tyle czasu tam spedzal ...
Ponadto okazalo sie, ze gdybysmy kupili bilet na samolot, to i tak bysmy nie mogli leciec bez pozwolenia.
Wyczerpani zamieszaniem, ktore towarzyszylo zakupowi biletow wrocilismy do hotelu. Kiedy już chcielismy otwierac drzwi, okazalo ze zginal nam klucz do pokoju i mimo ze wszystko przeszukalismy trzykrotnie, nie udalo sie go znalezc. Gwozdziem do trumny wydarzen tego dnia, była informacja z Polski, ze musimy na gwalt zalatwic pewna sprawe z bankiem. Jedynym pocieszeniem tego dnia moglo być tylko piwo i darmowy internet w hotelu. Potem juz tylko poszlismy spac...
Jedziemy do Xian [15 maja 2007]
Przydaloby sie zarezerwowac nocleg w Xian... Jednak znalezienie kawiarenki, to wbrew pozorom nie taka latwa sprawa, jak sie nie zna chinskiego. Poczatkowo ktos skierowal nas do kawiarni, w ktorej był internet bezprzewodowy. Jednak cena jaka musielibysmy zaplacic za przejrzenie kilku stron zniechecila nas do pozostania w tym miejscu. Na szczescie kelnerka pracujaca w kawiarni znala angielski i narysowala nam mape, jak trafic do celu.
Dotarcie na miejsce, mimo posiadanej mapy, wbrew pozorom kosztowalo nas wiele wysilku. I znow metoda palcowo-wskazowa okazala sie niezastapiona. My pokazywalismy napisane przez kelnerke 2 znaczki, a ludzie wskazywali nam droge. W kawiarence jak latwo sie domyslic nikt nie mowil po angielsku (swoja droga ciekawi jestesmy jak chinczycy będą sie komunikowac z przybyszami podczas olimpiady. To już za rok...).
Oj jak nam sie buzie rozesmialy, kiedy sie okazalo, ze na ekranie sa same chinskie znaki. Co z tego ze klawiatura była europejska, jak zalogowac sie trzeba było po chinsku hehe. Na szczescie jakis dobry duch (ktorego nie latwo było znalezc, gdyz 90% osob w sluchawkach na uszach gralo w przerozne gry komputerowe) zalogowal nas.
Z niepokojem w sercu usiedlismy przed klawiatura, zastanawiajac sie, czy będziemy w stanie wydusic z niej lacinskie litery. Pierwsze klawisze i ... Ufff sa lacinskie znaczki. W ciagu godziny nie tylko zarezerwowalismy sobie nocleg w Xian, ale i udalo nam sie sprawdzic polaczenia kolei tybetanskiej. Nie mielismy pewnosci czy pociag do Tybetu zatrzymuje sie w Xian, skad moglibysmy pojechac do Lhasy, ale na szczescie wiesci okazaly sie dobre. Teraz juz wszystko stalo sie jasne, kolejny etap podrozy to Tybet.
Szybko znalezlismy nasz wagon. Jeszcze tylko ... trzecia z kolei kontrola biletu i jestesmy w srodku. Twarde lezanki (hard sleepery) wcale nie były takie twarde jak sie spodziewalismy. Spotkalo nas przyjemne zaskoczenie - zamiast drewnianych law naszym oczom ukazaly sie przyjemne trzypietrowe kuszetki. Każdy miał do dyspozycji poduszke i kolderke. Wagon miescil 20 rzedow kuszetek, co razem dawalo 60 osob na wagon.
Niestety mielismy miejsca w roznych czesciach wagonu i z nadzieja wypatrywalismy osoby, ktora chcialaby sie z nami zamienic, tak bysmy mieli lezanki obok siebie. Po dlugich wyczekiwaniach udalo sie znalezc niesmialego pana, ktory przeniosl sie na miejsce Kamili. Wprawdzie nie było to miejsce dokladnie obok lezanki Mariusza, ale zawsze blizej.
W pociagu poczulismy sie jak jedna wielka komuna, wszyscy rozmawiali ze soba, smiali sie, grali w cos, co chwile przygotowywali chinskie zupki w wielkich kubkach zalewajac je wrzatkiem dostepnym w pociagu. Takie zupki można kupic w kazdym sklepie - jest to dosc spory (ok. 600 ml) kubek termiczny z dolaczonym widelcem, wystarczy tylko zalac woda.
Niesamowitym fenomenem bylo dla nas to, ze każdy wagon ma swojego opiekuna, ktory co dwie, trzy godziny wynosi smieci, zamiata w wagonie, poprawia firanki i sprzata w WC. Wieczorem wszyscy grzecznie myli zeby i odbywali wieczorna toalete. O 22.00 zgasly swiatla i caly wagon poszedl spac. Nam nie szlo tak dobrze. Ciagle jeszcze sie nie przestawilismy na lokalny czas, wiec wyczekalismy do 1.00 i przysnelismy na jakies piec godzin.
Z Szanghajem na ty [14 maja 2007]
Niebezpieczenstwo ... nie nadeszlo [13 maja 2007]
Bez problemu byliśmy w stanie odnalezc droge do kolejki magnetycznej Maglev - jedynej takiej na swiecie, dzieki ktorej moglismy doswiadczyc niesamowitej jazdy z predkoscia 430 km/h. Dalej szlo jak splatka - taksowka, hotel, gdzie czekano już na nas - po prostu bajka i ciagle sie zastanawialismy czy sie za chwile nie przebudzimy ... Ale przebudzenie nie nastepowalo. Pokoj prezentowal sie zaskakujaco dobrze. Skonani poszlismy spac. Wg czasu polskiego była godzina 4.00, a tutaj 10.00.